wtorek, 24 kwietnia 2012

Andrzejowi do sztambucha


Zawsze traktowałam towarzystwo pisowskie jak zgraję wariatów. Do czasu. 

Retoryka PiS-u mnie odrzuca, ale jednak przyciąga tłumy. Nad tą mierzwą stoją ludzie znakomicie potrafiący manipulować emocjami. Popatrzyłam na majstersztyk, jakim było przerobienie Ziobry i opadła mi szczęka. Kaczyński odczekał i na zimno poderżnął mu gardło. To była rewelacja i dzięki temu zaczęłam go doceniać. Ziobry mi nie żal. Dał się zrobić jak przedszkolak, z czego wniosek, że powinien czym prędzej zmienić zawód. Prześmieszne wycofywanie się rakiem z wiecowych obietnic jest jeszcze gorsze. Kurski jednak nie zadziałał. U Kaczyńskiego szło mu znacznie lepiej. Wczorajsza opowieść o tym, że służby porządkowe PiS-u biły ludzi Ziobry pod Belwederem poprawiła mi humor na cały dzień. 

Do mierzwy pisowskiej należy niestety część mojej rodziny - nie utrzymuję z nimi kontaktu i nic nie wskazuje na to, żeby to się miało zmienić, ale to ludzie nieźle wykształceni, niegłupi, a jednak zostali kompletnie pozbawieni jakiegokolwiek krytycyzmu. Oni wierzą. Nie myślą, nie patrzą, tylko ślepo wierzą. W spiski, w bomby, w mgły, w Martę Kaczyńską, w Wodza, w Macierewicza. To straszne, bo przestali oceniać. Zostali mentalnie wykastrowani. Część z nich udziela się w różnych prawicowych gazetach i to, co piszą, jest... Tego się nie da nazwać. Początkowo miałam nadzieję, że robią to z podobnych pobudek jak Macierewicz czy Kaczyński - dla kariery i rządu dusz, dla jakiejś zemsty, ale potem zorientowałam się, że są święcie przekonani o swojej nieomylności. Nie wchodzą w dyskurs, gdzieś zgubili siebie. Idą tam, gdzie im wskazuje Wódz. 
Patrzę na PiS z fascynacją - rozumiem, że ludzie kochają spiski, a Elvis był ostatnio widziany na Piotrkowskiej w Łodzi, ale omotać tłum takimi bzdurami to arcydzieło manipulacji. Zaczęłam rozumieć, że nie mam do czynienia ze zgrają psychopatów, tylko z zimnymi, świetnie zorganizowanymi graczami, bezwzględnymi i pozbawionymi jakichkolwiek skrupułów. 

Byłam na spotkaniu z Macierewiczem - do poły płaszcza przypadały mu spłakane kobiety, usiłujące całować go po rękach. Macierewicz przyjmował hołdy z pełnym ciepła uśmieszkiem, a w oczach miał wstręt. On doskonale wie, ze ten tłum to tłuszcza. Trzeba go wykorzystać i trzeba ponieść ofiary. W życiu nie zaprosiłby nikogo z tych ludzi na kawę i nie pokazałby się z nim na forum publicznym. Tu musi - taki zawód. Kaczyński otoczony przez tłum wiernych pod Pałacem Prezydenckim tez zapewne w życiu nie zaprosiłby Joanny od Krzyża na niedzielny obiad. Joanna jest teraz potrzebna, potem... Potem będzie władza, Pałac będzie jego, tłuszcza zagłosuje jak jej każą. Może będzie kolejny list do „przyjaciół Moskali” i kolejne umizgi. Bo co wolno Kaczyńskiemu-Wodzowi, tego nie będzie wolno Kaczyńskiemu-Prezydentowi. Ale żeby nim zostać trzeba sie z tłuszczą zbratać. Potem najwyżej będzie „spieprzaj dziadu”.

Andrzej Celiński napisał, że Macierewicz to wariat i psuj. Nie zgadzam się z Tobą, Andrzeju. Mam wrażenie, że wszyscy kompletnie nie doceniamy przeciwnika. To nie są wariaci, tylko świetni manipulatorzy, którzy chcą władzy. Ich siła - jak w każdej rewolucji - jest bezmyślenie mas. Ta masa pójdzie i zrobi co jej każą, my takiej siły nie mamy, bo paradoksalnie nasza słabością jest myślenie, dywagacje, opory moralne i etyczne, dyskusje nad tym czy walnąć w mordę, czy może tylko akademickim językiem pouczać. Nauczeni jesteśmy, że się nie bije, nie podnosi ręki, że się dyskutuje. To słabość, bo motłoch mówcę zdepcze i pójdzie dalej, nawet sie o niego nie potykając. Nie kładliśmy kwiatów w sejmowych ławach, mierziła nas ostentacyjna żałoba. Woleliśmy podejść do tego z szacunkiem, nie sprzedawać znajomych i bliskich. Może to jednak był błąd? Może wtedy trzeba było kontrować nie patrząc na prywatne problemy Kaczyńskiego? On zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Daliśmy mu wszystko, a on natychmiast zaczął nas pożerać. Teraz jest już za późno. 

Popatrz - mamy ludzi wycierających sobie gęby ojczyzną, odmieniających słowo Polska przez wszystkie przypadki, szafującymi biało-czerwoną, a z drugiej strony dla merkantylnych interesów rzucającymi tę samą ojczyznę na pożarcie Rosji. To świetne zagranie marketingowe, o czym doskonale wiesz. Nas na nie nie stać, bo nie wyznajemy zasady „po nas choćby potop”. Traktujemy to poważnie, ale oni też. Tyle tylko, że patrzymy na to z różnych stron barykady. Ale wiesz co? To oni wygrają, nie my. My mielibyśmy skrupuły, bo dla nas Ojczyzna to nie frazes i pijarowski chwyt, tylko coś znacznie więcej.

Tak, Andrzeju. Nie doceniamy ich. Ty nie doceniasz. Mierzysz ich swoją miarką, a to siebie - i nas - powinieneś mierzyć ich miarką. Popełniamy potworne błędy, bo schodzimy z placu boju, cofamy się, oddajemy pole harcownikom, a za nimi stoi ponura tłuszcza. Mówisz „wariat”, „psuj”, „zawsze tak miał”. Jesteś politykiem , masz ogromną wiedzę. Postaw siebie na miejscu Kaczyńskiego - stoisz na wiecu i wiesz, że tam gdzieś jest Twój przeciwnik. Doradcy wpadają na genialny pomysł. Wiesz, że jest świetny, że możesz faceta bez pudła załatwić. I co robisz? Znam Cie - nic nie robisz, a doradcy dostają ochrzan, mówisz „Nie, nie zrobię tego. Dajcie spokój, nie ma o czym mówić”. Bo Ty tego nie zrobisz, a oni tak. I w tym tkwi Twoja słabość, a ich siła. 

Powiedz mi teraz, kto tu jest wariatem? 

Anka Grzybowska 

sobota, 14 kwietnia 2012

Antyfeminizm

Do tego tekstu natchnęła mnie Katarzyna Piekarska, mówiąca o Joannie Senyszyn „polityczka”. To najprawdopodobniej politycznie poprawny wariant „ministry”. Skąd bierze się to dziwne dążenie do zaśmiecania ojczystego języka jakimiś dziwacznymi określeniami, pojęcia nie mam. Do mnie co jakiś czas ktoś mówi 'pani redaktorko”, co nieodmiennie przyprawia mnie o mdłości.

Jestem klasyczną antyfeministką. Histeryczny feminizm, czy równie histeryczne ruchy przeciw homofobii odrzucają mnie na odległość. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny - jestem kobietą. Jako kobieta nie życze sobie parytetów płci czy walki o moje prawa. Ja je mam. Nie muszę mieć parytetu, żeby dostać się do jakiejś rady czy sejmu. Ludzie nie głosują na kogoś bo jest, czy nie jest mężczyzną, głosują, bo ma coś fajnego do powiedzenia. Parytety są po prostu obraźliwe, bo stawiają kobiety w roli istot, które potrzebują męskiego wsparcia, żeby coś znaczyć. A ja mam gdzieś to wsparcie - dam sobie radę bez niego i nie muszę robić za zapchajdziurę na jakiejś liście wyborczej, tylko po to, żeby ta lista w ogóle została zarejestrowana. Podobnie jest z feminizmem - kobiety walczą o swoje prawa. OK - to było fajne w czasach gorsetów i braku praw wyborczych, ale teraz gorsetów nie nosimy, prawa wyborcze mamy, możemy zostać tramwajarzami, kierowcami TIR-ów, pilotami myśliwców. Możemy, tylko po ? No, chyba, ze ktoś ma na to ochotę - to już zupełnie inna sprawa. Ale walka dla samej walki jakoś nie robi na mnie wrażenia.

Kobieta w Biedronce targa potwornie ciężkie paczki. No, chcemy równości, więc dlaczego ma nie targać paczek tak jak jej kolega z działu mięsnego?

Kilka dni temu miałam świetną rozmowę z moim przyjacielem, gejem. Przyjechał do mnie na chwilę ze swoim partnerem. W większym gronie wywiązała sie dyskusja na temat adopcji dzieci przez małżeństwa homoseksualne. Kilka osób było temu przeciwnych. Wiecie, jak sie skończyła? Obaj panowie obrażeni wyszli, chociaż nikt im nie powiedział złego słowa. Poczuli się dyskryminowani w myśl zasady „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy tępymi ksenofobami, mimo, ze nikt z nas absolutnie nie miał nic przeciwko związkowi moich przyjaciół. Przypomniało mi to historię z żydowską knajpą na Grzybowskiej - z knajpy śmierdzi, wiec mieszkańcy - w tym Żydzi - protestują. Co się okazuje? Sa antysemitami, bo smród jest żydowski i dlatego muszą go znosić w imię tolerancji. A ich tolerancja smrodu nie dotyczy.

Mam firmę, wydaję gazetę, jedyną w okolicy. Nie czuję się dyskryminowana z powodu płci. Pracuję tak samo ciężko jak moi koledzy po fachu, zarabiam takie same pieniądze jak oni. Jeśli mi się nie udaje, to wyłącznie z powodu mojej indolencji, nie z powodu tego, co mam w spodniach. Nie potrzebuję obrońców i parytetów. Nie cierpię, jak się mówi do mnie „redaktorko”, bo kaleczenie języka w imię politycznej poprawności jest żenujące. Nie chodzę na marsze protestacyjne, chociaż osobiście uważam, ze takie ruchy jak ONR powinny był zdelegalizowane, ale nie dlatego, ze stawiają na dwupłciowe związki, tylko dlatego, ze szerzą faszyzm i rasizm. Mnie kompletnie nie interesują czyjeś poglądy polityczne czy religijne - jeśli ktoś uważa, że małżeństwa powinny być dwupłciowe, to jego prywatna sprawa. Przeraża mnie co innego - te wszystkie marsze kończą się nieodmiennie zadymą. To co powiem jest kompletnie niepolityczne - te zadymy niestety w znacznym stopniu sa winą walczących o równość i braterstwo antyfaszystów, którzy na równi z przeciwnikami rzucają petardami, kostkami brukowymi i jajkami. Cel w ich mniemaniu uświęca środki, a w moim - nie.

I ostatni sprawa - w naszym sejmie zasiada dwójka bardzo znanych posłów - pani Grodzka i pan Biedroń. Do sejmu dostali się nie dzięki szczególnym osiągnięciom, czy znakomitym pomysłom na państwo, tylko na fali własnej seksualności. Przyznam, że pojęcia nie mam, co ta dwójka do tej pory w sejmie zdziałała. Podkreślam jeszcze raz - nie interesuje mnie ich seksualność. Interesuje mnie konkretne działanie i programy. To, czy ktoś jest gejem, albo zmienił płeć jest sprawą drugorzędną - traktuję ich dokładnie tak samo jak wszystkich pozostałych posłów. Właśnie dlatego, że mimo moich pokręconych i niepolitycznych poglądów jestem tolerancyjna. Nie chcę posłów, których jedyna zasługa jest seksualność i pewnego rodzaju „celebryckość”. Chcę fachowców i jest mi obojętne jakiej są płci i orientacji seksualnej.

ag